Wpisy 2017, które chcę pamiętać

2 stycznia
Sylwester 2016/2017

Udało się! W tym roku sylwestrowy weekend spędziliśmy w Jeleniej Górze, a konkretnie w Stadninie Gostar.
Mieliśmy wynajęty dość wygodny, choć skromnie urządzony i chłodnawy domek, którego niedogodności z nawiązką wynagradzały nam widoki z okien. Przepiękna, słoneczna pogoda i temperatura około zera sprzyjały wycieczkom 🙂

W piątek wyjechaliśmy z Wrocławia wczesnym popołudniem i zrobiliśmy sobie przystanek w centrum Jeleniej, by zjeść chińską zupę. I drugie danie też 😉 Potem krótki spacer i o zmroku dotarliśmy na miejsce. W domku nie było nikogo, a w kominku dogasał ogień, ale szybko się rozgrzaliśmy i szybko dotarła reszta ekipy.

W sobotę wybraliśmy się na Perłę Zachodu i do Szklarskiej Poręby, a potem była zabawa sylwestrowa. Imprezę rozkręciła dziewięcioletnia Ola, która szybko dogadała się z DJ’em w sprawie swoich ulubionych piosenek, tańczyła, śpiewała i zachęcała innych do dołączenia się. Byłam pierwsza 🙂

A w niedzielę pojechaliśmy jeszcze na Zamek Chojnik i weszliśmy na niego łagodną drogą, choć nie uniknęliśmy pod koniec schodów. Było pięknie! Lubię takie weekendy!

27 lutego
Animacja czasu wolnego

Ależ to było szkolenie! Dwa dni z pozytywnie zakręconymi ludźmi, mnóstwo hałasu, nowe umiejętności i świetna zabawa.

W sobotę spędziliśmy razem osiem godzin. Po kilku grach integracyjnych i znaczącym skróceniu dystansu między uczestnikami, poznaliśmy trochę teorii oraz porozmawialiśmy o istocie animacji i charakterze animatora. Następnie przeszliśmy do praktyki i na pierwszy ogień poszła… żonglerka! Ech! Fajny zestaw ćwiczeń wprowadzał nas krok po kroku w tę dość wymagającą sztukę, ale od sięgania po wciąż spadające na podłogę piłeczki wciąż mam niesamowite zakwasy 🙂 Teraz czeka mnie kupno piłeczek i trening!
Potem trenowaliśmy 4 tańce animacyjne, graliśmy w 11 gier dynamicznych i statycznych oraz braliśmy udział w scenkach na wieczorny show. Uśmialiśmy się po pachy.

Natomiast w niedzielę szkolenie trwało nieco krócej (sześć godzin) i zaczęliśmy od relaksu. Ależ było przyjemnie! Prawie zasnęłam, bo nad ranem wróciliśmy z imprezy karnawałowej i nie zdążyłam się wyspać 🙂 Później wróciliśmy na chwilę do żonglerki, a następnie odbyły się warsztaty mikrofonowe, gimnastyka poranna i aerobic.
A potem był egzamin. Tak jakby. Podzielono nas na 4 grupy i każdy zespół miał przygotować własną prezentację, dwie gry (dla dorosłych i dla dzieci, samodzielnie wyszukane lub wymyślone), jeden taniec (wyznaczony z nauczonych w sobotę) i relaks. Cały zestaw miał nam zająć 15 minut i moim Szalonym Żabkom udało się nawet zmieścić w czasie 🙂

Podsumowując, rewelacyjnie się w weekend wybawiłam i mam chrapkę na kolejne szkolenia za miesiąc. Takich rzeczy mogę się uczyć bez końca. Serio!

4 marca
Otwarcie klubu A2

Siostra dała cynk i przygarnęła koleżanki, ja szepnęłam słówko komu trzeba i wczoraj wybraliśmy się w osiem osób na wielkie otwarcie klubu A2 przy ul. Góralskiej. Sprawa była tajemnicza, bo do mediów społecznościowych nie przeciekły żadne zdjęcia z miejsca akcji, ale zaproszeni goście byli całkiem spoko, więc zaryzykowaliśmy. 

Trafiliśmy bez problemu i przywitała nas surowa hala produkcyjna wyposażona w świetny (na pierwszy rzut oka i jak na moją kiepską znajomość tematu) sprzęt. Grała jakaś muzyczka, ludzie powoli się zbierali, w kibelkach nie było kolejek, ale były ciekawe osoby. Podsłuchałam rozmowę, po której poczułam się nieco starzej:

  • Słuchaj, a Ty znasz w ogóle te zespoły?
  • Nie, ale przyszłam się napić i dobrze bawić.

Hę? To można przyjść na koncert i nie znać Kobranocki, Róż Europy i Sztywnego Pala Azji???

Opiliśmy to radośnie pierwszym piwem i poszliśmy namierzyć palarnię. Okazało się, że jest to kawałek wydzielonego terenu na zewnątrz hali, który widzieliśmy przed wejściem, gdzie stało kilka stolików i food truck. Z siedzenia skorzystaliśmy w czasie wieczoru dwukrotnie, z jedzenia nie.

A potem były już tylko koncerty. Kobranocka dała czadu, Róże były nudnawe i niewyraźnie śpiewały, Sztywny był dla mnie gwiazdą wieczoru. Ku swemu zdziwieniu odkryłam, że znam sporo tekstów. A jak zagrali „Wieżę radości, wieżę samotności”, to po prostu odpłynęłam… No i cool!

Jakość zdjęć kiepska, ale zawsze to jakieś wspomnienie 🙂

7 marca
Dzień Kobiet dzień wcześniej

Naszego Szefa jutro nie ma, więc Dzień Kobiet zaskoczył nas dzisiaj. I to podwójnie, bo nie tylko terminem, ale też pomysłem! Nasi dzielni Mężczyźni, którzy stanowią w Departamencie zdecydowaną mniejszość, zaprosili nas na prawdziwe „Śniadanie na trawie”. Na firmowym dywanie w dyrektorskim pokoiku ulokowała się trawka, w kącie wytrwale pracowały trzy tostery, z komputerowych głośników rozlegał się świergot ptaków, był szeroki wybór tostów, pasta z suszonymi pomidorami, domowa nutella, konfitury, domowa lemoniada i prezenty. Kochani Mężczyźni z DMiR, wielki szacun! 😀

7 kwietnia
Zamki Dolnego Śląska i Opolszczyzny?

W ostatnią niedzielę marca było ciepło i słonecznie, więc po śniadaniu w Oławie wybraliśmy się na wycieczkę. Trasę uzgodniliśmy na podstawie mapy zamków, co brzmiało bardzo interesująco. Niestety nie mogliśmy się bardziej rozczarować… 

Zaczęliśmy od Oleśnicy – były lody, był spacer, a potem mieliśmy w planie zwiedzanie posiadłości książąt. Udało nam się zajrzeć na bardzo ładny dziedziniec, do skromnie wyposażonej sali tortur i do dwóch innych. Tyle było nam wolno bez przewodnika, który poza sezonem jest dostępny bardzo rzadko. Cóż, jak pech, to pech. Kolejną miejscowością na trasie był Bierutów. Rysunek na mapce obiecywał sensowną wieżę i kawał muru, a zastaliśmy zaniedbane jedno i zniszczone drugie. Gdy więc dojechaliśmy do Namysłowa mieliśmy nadzieję na coś więcej. Mapa Google pokazywała istnienie Zamku Królewskiego, ale mimo nawigacji nie mogliśmy do niego trafić – znajduje się na terenie miejscowego browaru i podobno dopiero trwają starania, by go udostępnić. Pochodziliśmy więc tylko trochę po centrum miasteczka i uznaliśmy, że pod względem zabytkowym wyjazd nie był niestety sukcesem.

Znacznie lepiej było w tamten weekend kulinarnie. W sobotę grill z rybkami i dobre wino, a w niedzielę rosół i drugie danie za małe pieniądze w oławskiej knajpce „Jak u Mamy”. Domowo i smacznie. Moje gołąbki pierwsza klasa, choć tak ogromne, że z odsieczą przybył M. 🙂

Fantastycznie było także towarzysko. Naprawdę lubię spędzać czas w czwórkę! Do następnego razu!

28 kwietnia
Pewna reklama

Kilka dni temu obejrzałam dzięki Lidii pewną reklamę. W roli głównej niesamowity Mads Mikkelsen, który jedzie rowerem przez nietypowe miejsca (dach, czyjeś mieszkanie itd.) i zastanawia się, dlaczego Duńczyków uważa się za najszczęśliwszy naród na świecie. I tak się dziwnie stało, że akurat dziś trafiłam w listopadowo-grudniowym „Coachingu” na ciekawy artykuł… 

Tekst jest fragmentem książki „Duński przepis na szczęście” i mówi o hygge. A co to takiego jest? Słowo to pochodzi od słowa oznaczającego „odczuwać zadowolenie” i znaczy „miło pobyć razem”. Jest to styl życia i stan umysłu, a nie przejściowa moda czy zwyczaj kultywowany od święta. To wspólne spędzanie czasu (bycie i działanie) przez wiele dni, wspólne posiłki, popołudniowe herbatki i gry w gronie rodziny, od której nie ma potrzeby odpocząć, bez konfliktów i narzekania. To pozostawienie swoich problemów i spraw indywidualnych za drzwiami, pozytywne nastawienie i zaangażowane we wspólne aktywności nawet, gdy chwilowo komuś się nie chce. To bycie tu i teraz z najbliższymi, źródło energii i szczęścia.

W świecie, w którym stawia się na indywidualizm i samodzielność nawet w sportach zespołowych, zjawisko hygge jest niesamowite! Tu nie chodzi o „bycie zwycięzcą”, ale o bycie razem w miłej atmosferze, międzypokoleniową zabawę, przyjemny nastrój, ciepłe oświetlenie, odłożenie na bok smartfonów, a nawet wspólny śpiew, który w szczególny sposób buduje wspólnotę. I ten styl życia przenosi się u Duńczyków także poza grono rodziny – ci ludzie chętnie tworzą rozmaite grupy społeczne wokół wspólnego hobby, kultury czy działań społecznych, a dzieci w szkołach pracują w zespołach projektowych.

Czy jesteśmy w stanie żyć w taki sposób w Polsce? Marzy mi się!

Link do reklamy: https://www.youtube.com/watch?v=w90WKDCxqic

2 maja
Kijki w Mielnie

Bez wcześniejszych treningów, za to z ogromnym zapałem wystartowaliśmy w weekend w pierwszych zawodach Pucharu Polski Nordic Walking. W piątek po pracy pojechaliśmy do Mielna i w sobotę, w zaskakująco pięknej aurze stawiliśmy się na starcie. Cała trójka (Mira, Rafał i ja) wystartowała na naszym ulubionym dystansie 10 km, co w Mielnie oznaczało 4 pętle po 2,5 km. Utrudnieniem, które pozwoliło co najmniej dwa razy zwątpić w szczęśliwy finał na mecie, było w każdej pętli 800 metrów maszerowania (a raczej walki o życie) w dość głębokim piachu pięknej, niemal pustej, bałtyckiej plaży. Nie wiedziałam, czy mam wytyczać nowe szlaki, czy raczej iść po czyichś śladach. Konieczność uważnego patrzenia pod nogi uniemożliwiała podziwianie widoków, ale nadrobiłam te zaległości nieco później, gdy po zawodach zdążyłam coś zjeść, zagrzać się i pospacerować.

Poza piachem trasa biegła także po chodnikach i po pięknym lesie, z miękkim, ściółkowym podłożem, gdzie „kijkowanie” było czystą przyjemnością. Czasy nie były imponujące, ale z naszej trójki poszło mi najlepiej i jestem naprawdę dumna z ukończenia rywalizacji.

Przed i po zawodach było dużo dodatkowych przyjemności, bo miałam zaszczyt uścisnąć dłonie aktorów Tamary i Bartka oraz cieszyć się ciepłem i smakołykami w kąciku dla tzw. VIP-ów. Ambasadorzy tegorocznej Akademii Zdrowia Santandera to bardzo normalni, fajni ludzie. Nad wspólnym stołem snuły się opowieści o historii, o książkach, o dzieciach, o wszystkim.

Poniżej nasza dzielna ekipa z Edytką z Polskiej Federacji NW oraz rewers medalu. W tym roku można sobie na każdych zawodach wygrawerować imię, nazwisko i wynik! 😀

3 lipca
Pierwszy urlop: różnorodność

Jak mówi Mama, „coś musi się skończyć, by mogło się zacząć coś innego”. Ta myśl pojawiła się w mojej głowie ostatniego dnia nurkowania na Sardynii, kiedy rozmawialiśmy o powrocie do domu, tkwiąc jeszcze w ciepłym morzu, tuż obok drabinki na łódź.

Pierwszy tegoroczny urlop upłynął pod znakiem różnorodności. Polska i Włochy. Góry i dwa morza. Wielogodzinny deszcz i palące słońce. Sprawy do załatwienia i relaks pod błękitnym niebem. Gdynia, Wetlina i Sardynia. Stare przyjaźnie i nowe znajomości. Po prostu cud, miód i orzeszki! Garść wspomnień już wkrótce!

1 sierpnia
Wzruszenie

Jak można się nie wzruszyć, czytając takie coś? Kocham!

„Posiadam szalenie skuteczny sposób na dobre życie i on polega na takim małym porannym rytuale, że na chwilę przed tym, gdy wyjdę do roboty, to patrzę sobie na Wojtka jak śpi i na taki widok ładuję się szybciej niż nokia 3210, bo ja wtedy sobie przypominam, że wszystko to, co czasem mnie gnębi; trudna prezentacja, spóźniony autobus, źle zakręcony lok, że nawet jeśli jest to na ten moment mało przyjemne, to tak naprawdę nieważne, tak okropnie do kości nieważne, bo to, co najważniejsze śpi w mojej sypialni, owinięte w kołdrę jak najwspanialszy, ludzki krokiet.”

/Janina Daily na swym FB-profilu, interpunkcja oryginalna/

22 września
kijki w Hajnówce

W tym roku Puchar Polski Nordic Walking zaliczałam dwa razy – na samym początku i na samym końcu rozgrywek. Było Mielno i Hajnówka, plaża i las, organizacja indywidualna i zbiorowa, ale w obu przypadkach idealna pogoda na trasie rywalizacji.

Do Hajnówki pojechaliśmy autokarem jako reprezentacja Santandera, w dość dużym i imprezowym gronie. W piątek głównie podróżowaliśmy, ale zdążyliśmy także zwiedzić skansen w Białowieży i rezerwat żubrów, skosztować lokalnej kuchni (z koleżankami z pokoju), odebrać pakiety startowe, a wieczorem posiedzieć przy ognisku.

W sobotę odbyły się zawody. Większość z nas wystartowała na dystansie 5 km, siedmioro (w tym ja) wybrało 10 km. Trasa była rewelacyjna – płaska, z miękkim podłożem, wystarczająco szeroka, wytyczona w całości w lesie. Najlepsza i najwygodniejsza z dotychczas przeze mnie pokonanych. W dodatku dobrze działająca na psychikę, bo do przejścia były tylko dwie pętle 🙂 A potem już tylko odpoczywaliśmy w słońcu, ciesząc się ciepłem i odpoczynkiem.

W niedzielę po śniadaniu wsiedliśmy jeszcze do kolejki, by pojechać lasem do wioski Topiło nad jeziorem o tej samej nazwie, w pobliżu granicy z Białorusią. Pięknie utrzymane wagoniki powiozły nas do knajpki Ostatni Grosz, gdzie zrobiłam zakupy lokalnego piwa dla M.

A potem wyruszyliśmy w podróż do domu 😉

I w poniedziałek rano czułam się, jakbym wróciła do pracy po urlopie. Serio. To kolejny dowód na to, że wolne nie musi trwać tydzień czy dwa. Wystarczy zwykły weekend dobrze spędzony poza domem 🙂

28 września
Dzień Chłopaka

Dziś, dwa dni przed 30 września, obchodziłyśmy w pracy Dzień Chłopaka. W tym roku prezenty miały związek z moim niedawnym wyjazdem do Torunia, skąd przytargałam koszulki i pieprzne pierniczki „Gentlemańskie”. Motyw piernika pojawił się także w wierszu, przepisie i kolażu zdjęć przygotowanych przez koleżanki, a odpowiednio wcześniej na drzwiach zawisły plakaty zapowiadające święto. Wyszło genialnie! Dzięki, Dziewczyny!

11 listopada
olimpiada firmowa

Bardzo mi się nie chciało iść. Bardzo! W podziękowaniu za coś tam w pracy zorganizowano imprezę, ale wyjątkową, bo sportową. Olimpiada Firmowa budziła lekką niechęć i część z nas wolałaby chyba posiedzieć i się po prostu napić, ale duch sportowy opanował nas bez reszty!
Sześć drużyn rywalizowało w kilkunastu mega ciekawych konkurencjach, które można podzielić na dwie grupy:

W grach indywidualnych liczyły się wyniki członków zespołu. W wirtualnej rzeczywistości byłam koszem i łapałam piłki, przed monitorami kolejnych komputerów sterowałam drużyną piłkarską (FIFA), boksowałam się (udało mi się znokautować przeciwniczkę) i ścigałam się na torze Formuły 1, a potem rzucałam jeszcze woreczkami do sporej tarczy, robiłam slalom w alko-goglach i walczyłam w gumowym stroju do sumo 😉

W grach zespołowych mieliśmy do ułożenia jak najwyższą wieżę Jenga, wspólnymi siłami wyprowadzaliśmy z labiryntu powieszonego na sznurkach cztery kulki, musieliśmy przelać wodę z wiadra na sznurkach do drugiego, szliśmy na czas na wspólnych nartach, graliśmy w dużego Twistera, w przeciąganie liny i w hokeja czarownic z użyciem piłki i mioteł.

Śmiechom i krzykom nie było końca, a ostatecznie zajęliśmy drugie miejsce! Przy czym w zwycięskiej drużynie byli sami faceci, co nieco ułatwiło im zadanie 😉 Zgarnęłam puchar jako jedyna dziewczyna w zespole, która została do końca rozgrywek 😀